Przyznaję, trochę kłamałam. Trochę, ale nie do końca. Szczęście i radość były, ale był jeszcze większy lęk. Poziom stresu w pierwszych dniach z dzieckiem sięgał zenitu. Czy wspominają o tym w jakiejkolwiek szkole rodzenia? Wiedziałam jak będzie wyglądał poród, ale byłam kompletnie nieprzygotowana na pierwsze dni i tygodnie po.
Teraz, dwa miesiące po przyjściu mojego pierwszego dziecka na świat jestem spokojniejsza. Czytam w "TS" artykuł o pierwszych dniach, tygodniach z dzieckiem. I w każdej z tych historii - Ani Dąbrowskiej, Karoliny Malinowskiej i Reni Jusis - jest trochę mnie.
Odkrywam uroki zakupów przez Internet. W okolicy nie możemy dostać pieluch w najmniejszych rozmiarach, więc zamawiamy przez sieć. Oszczędzamy czas, energię swoją i paliwo. Nie stoimy w korkach, zakupy przynoszą nam do mieszkania...
Wreszcie odkrywam uroki macierzyństwa. No i mam z kim chodzić na spacery.
Tagi: z pamiętnika młodej matki
Już we troje. Niewyspani, ale przeszczęśliwi.
Tagi: z pamiętnika młodej matki
Po moim blogowym powrocie, kilku notkach, które pisałam z wielką radością, zapał mi minął. Czas biegł swoim szaleńczym tempem, a moja wena malała im bardziej rósł mi brzuch.
W brzuchu mieszka chłopiec, którego lada dzień poznamy. Termin tuż-tuż, a ja nie mogę doczekać się tych malutkich rączek, stópek, które mnie bezboleśnie kopią i które już wiem, że będę całować sto razy dziennie. Wszystko kupione, wyprasowane, złożone, kolorowe. Czeka. Jedyne czego się teraz boję to porodu. Bo zdrowe będzie, musi być – nie ma innej możliwości. I ładne, i mądre. W końcu za każdym razem, gdy prowadzę zajęcia wysyła mi sygnały z brzucha, jakby chciał powiedzieć "no dobrze, mamo, przejdźmy do następnej kwestii, tę już opanowałem, ile można?!".
A poważnie – jestem już mamą pełną gębą. Rozczulają mnie inne mamy spacerujące ze swoimi maluchami w głębokich wózkach, niemowlaki ssące smoczki zasłaniające im pół gładziutkiej buzi, wzruszają opisy w książkach – o nieporadności tych małych istot i ich całkowitej zależności od nas, dorosłych. I co ja będę więcej pisać... Trzymajcie kciuki.
Tagi: z pamiętnika młodej matki
Od jakiegoś czasu przeglądam i porządkuję stare zbiory – część gazet wyrzucam, część oddaję – mamie, siostrze i koleżankom. A przedtem wertuję w poszukiwaniu ciekawych przepisów kulinarnych.
Zauważyłam, że "Twój Styl" ma od pewnego czasu tendencję do zamieszczania z góry ustalonych zdjęć potraw, na które przepisy pisane są na zamówienie już po zrobieniu (a raczej kupieniu) fotografii. Właśnie tak – najpierw jest zdjęcie, a później znany szef, albo rzadziej – znana szefowa kuchni wymyśla recepturę. I nie byłoby to aż tak frustrujące, gdyby te przepisy miały ręce i nogi. A mam wrażenie, że czasem są pisane z pamięci i na kolanie. I autor nigdy ich nie wypróbował.
Dla przykładu – w listopadowym numerze TS z 2009 roku natknęłam się na dwa podobne przepisy. Z tym że jeden deser nazywa się czekoladowy flan i jest pieczony w jednej formie, a drugi zwie się czekoladowy pudding i piecze się go w małych kokilkach. Składniki i wykonanie są niemal takie same. Przepisy różnią się w zasadzie masłem. Na jednej z list składników występuje cała kostka. Tyle, że... nie ma o niej mowy już później. I na pewno nic nie przeoczyłam.
Czekoladowy flan
(przepis: "Twój Styl", listopad 2009)
- 2,5 opakowania gorzkiej czekolady
- kostka masła
- 6 jajek
- 1,5 szklanki cukru
- szczypta soli
- biszkopty
Pokruszoną czekoladę rozpuść w kąpieli wodnej. Żółtka utrzyj z cukrem na sztywną masę. Następnie delikatnie mieszając, połącz z czekoladą. Do białek dodaj szczyptę soli i ubij na sztywną pianę. Wymieszaj dokładnie z masą czekoladową. Wyłóż blachę pergaminem albo posmaruj masłem i posyp kruszonymi biszkoptami. Wlej masę, wygładź powierzchnię ciasta. W piekarniku rozgrzanym do 200 st. C piecz 15-20 minut. Podawaj deser na ciepło z bitą śmietaną lub lodami.
Tagi: przepisy kulinarne
Od jakiegoś czasu modne jest bycie eko. Czytałam wiele artykułów na ten temat – jedne z zainteresowaniem, po przeczytaniu innych uczucia miałam raczej ambiwalentne. Całym sercem popieram tę inicjatywę - noszenie wielorazowych toreb z materiału na zakupy, segregowanie śmieci itp. uważam za potrzebne, istotne i mało kosztowne.
W związku z tym, że nasza rodzina szykuje się na przyjęcie zupełnie nowego członka, mam za sobą rozważania na temat tego czy lepsze pieluchy jednorazowe czy wielorazowe? Oczywiście zdaję sobie sprawę używanie których lepiej zrobi środowisku, ale muszę też – a może przede wszystkim – myśleć o tym, co lepiej zrobi mnie. Biorę pod uwagę, że jedyną czynnością tak zwaną domową, jaką wykonuję z przyjemnością jest gotowanie. Nie wróżę więc sobie dobrego nastroju, gdy po całym ciężkim dniu opieki nad niemowlakiem przyjdzie mi nastawiać pralkę pełną pieluch, a później je wszystkie wyprasować. W porządku – ojciec dziecka mógłby się włączyć w tę czynność. Owszem, mógłby, ale wolałabym raczej, żeby po całym dniu pracy spędził czas z dzieckiem, niekoniecznie stojąc w tym czasie przy żelazku.
Na szczęście są i rozwiązania, które dobrze robią i nam, i środowisku. Pomijam dobre samopoczucie, kiedy wyrzucam kolejną partię starych czasopism do osiedlowego pojemnika z makulaturą. Nieźle jest także wtedy, kiedy kupuję w lumpeksie kolejny ciuch, podobno to też jest eko. Dziecko też planuję tam zaopatrywać. Na pewno będzie to eko także dla naszych portfeli.
A w orzechach ktoś prał?
Tagi: eko, z pamiętnika młodej matki
Zostały cztery miesiące. Jeszcze kilkanaście tygodni dzieli nas zatem od zasypania nas gradem porad dotyczących co i jak powinniśmy robić z dzieckiem, jak je karmić, ubierać, ile i gdzie spacerować, jak kąpać i wielu innych. Owszem – wiele z tych wskazówek będzie w cenie, bo i dziecko pierwsze, i my poza obserwacją pewnych sytuacji związanych z pielęgnacją niemowlaków nie mamy żadnego doświadczenia. Ale już teraz wiem, między innymi z relacji innych młodych rodziców, że będą wśród tych rad takie, które nijak mają się do rzeczywistości albo są wręcz szkodliwe. Przykład? Przepajanie dziecka glukozą między karmieniami – sic! Kiedy dowiedziałam się o takich praktykach, nie mogłam uwierzyć. Teraz wierzyć już nie muszę - ślad po glukozie znalazłam kilka dni temu w mojej książeczce zdrowia dziecka. Niestety nie tylko tam.
Ale z tym na razie spokój. Za to spotykam się często z pytaniem kiedy rodzimy i z wartościowaniem, że to dobrze, że w lutym, bo… W porządku. Sama znajduję wiele plusów tego, że akurat luty. Najważniejsze to to, że gdy maluch skończy miesiąc wielkimi krokami zbliżać się będzie wiosna, coraz dłuższe i cieplejsze dni, podczas których będziemy mogli chodzić na niezliczoną ilość spacerów. Ale umówmy się – gdyby nasze dziecko przyszło na świat w jakimkolwiek innym miesiącu, także doszukałabym się wielu plusów, które nie służą mi bynajmniej do wartościowania – czy lepiej tak, czy lepiej inaczej. Natomiast zupełnie niedawno na pytanie znajomej kiedy, usłyszałam – "Ojej, to kiepsko. Końcówka zimy, a zimowe ubranka i tak będziecie musieli kupić, na kilka tygodni zaledwie. My to na jesieni rodziliśmy, więc ubranka były na całą zimę".
No naprawdę. Dramat.
Tagi: z pamiętnika młodej matki
Czytam wpis sprzed pół roku i cieszę się, że to już za mną. A co przede mną? Piękna, złota jesień (oby jak najdłużej) i zima (oby jak najbardziej łagodna). A u schyłku zimy? Wtedy zostanę mamą.
Czyli jak by to powiedzieli niektórzy życzliwi - teraz przede mną pieluchy, zupy, kupy. W porządku, jestem na to gotowa, wiele widziałam. I w pełni rozumu odpowiadam twierdząco na pytania: "czy będzie ciężko?", "czy będziemy zmęczeni?", "czy będziemy mieli dosyć?", "czy się boimy?". I tym podobne.
Póki co czytam (wcale nie poradniki dla rodziców), gotuję (także zupy krem, takie odrobinę niemowlęce. Bo lubię), cieszę się z tego, co jest i z tego, co będzie. Nie zamęczam innych filmem i zdjęciami z USG. Czasem tylko przechodząc w sklepie obok działu dziecięcego biorę do ręki buciki na kilkucentymetrową stópkę. I cicho sobie mówię, że nie mogę się doczekać.
Tagi: z pamiętnika młodej matki
Zaczęła się dla mnie jedna z najdziwniejszych wiosen. Miała być radosna, miała być słoneczna, pełna rowerowych eskapad i beztroski. I niby jest, ale bez słowa na "r" i słowa na "b".
Dziwię się trochę sobie. Mimo wszystko myślę, że będzie dobrze. A może - nie myślę, i właśnie dlatego jest mi łatwiej? A może nauczyłam się jednak optymizmu? Bo tak ogólnie rzecz biorąc, to jest do dupy. Bo musiałam oddać ukochanego kota, bo wydarzyło się kilka innych rzeczy, o których nie chcę pisać, bo staram się o nich zapomnieć. Chociaż na dzień, chociaż na tydzień, a może i do jesieni. Gdyby się udało, miałabym radosną wiosnę i beztroskie lato. Schyłek jesieni i zima i tak są czasem, kiedy z braku słońca cierpię na depresję.
Nasza pierwsza choinka stoi ubrana na srebrno-fioletowo. Stoi i pachnie. Gdy wchodzę do pokoju czuję się niemal tak, jakbym wchodziła do lasu.
Prezenty są, trzeba tylko spakować. Maleńka kurtka dżinsowa i DVD ze świnką Peppą dla bratanka, zdalnie sterowane auto dla bratanka męża, drobiazgi dla dorosłej części rodziny.
Śledzie moczą się drugą godzinę, później będę płakać nad cebulą. I może nie tylko. Bo u mnie szykują się zmiany. Jak często na zimę, na przełomie roku. Łączy się stare z nowym, dosłownie i w przenośni.
Lista pozostałych powinności czeka. Muszę sobie rozpisać w kolejności, najlepiej wyznaczyć orientacyjne godziny, żeby wiedzieć czy zdążę. Chaos mi nie służy, nawet jeśli lista obejmuje tylko pięć czynności.
Choinka pachnie, pierniki przyjemnie chrupią i rozpływają się w ustach między jednym a drugim łykiem kawy.
Dobrych, zdrowych i radosnych świąt! I oby Nowy Rok przyniósł Wam spełnienie. Może i mnie też przyniesie. Oby.
Nasza pierwsza choinka stoi ubrana na srebrno-fioletowo. Stoi i pachnie. Gdy wchodzę do pokoju czuję się niemal tak, jakbym wchodziła do lasu.
Prezenty są, trzeba tylko spakować. Maleńka kurtka dżinsowa i DVD ze świnką Peppą dla bratanka, zdalnie sterowane auto dla bratanka męża, drobiazgi dla dorosłej części rodziny.
Śledzie moczą się drugą godzinę, później będę płakać nad cebulą. I może nie tylko. Bo u mnie szykują się zmiany. Jak często na zimę, na przełomie roku. Łączy się stare z nowym, dosłownie i w przenośni.
Lista pozostałych powinności czeka. Muszę sobie rozpisać w kolejności, najlepiej wyznaczyć orientacyjne godziny, żeby wiedzieć czy zdążę. Chaos mi nie służy, nawet jeśli lista obejmuje tylko pięć czynności.
Choinka pachnie, pierniki przyjemnie chrupią i rozpływają się w ustach między jednym a drugim łykiem kawy.
Dobrych, zdrowych i radosnych świąt! I oby Nowy Rok przyniósł Wam spełnienie. Może i mnie też przyniesie. Oby.